Nie będzie mnie na MFK. Przede wszystkim względy finansowe, nie mam stałych dochodów od pewnego czasu a wycieczka do Łodzi kosztowałaby mnie przynajmniej parę setek - i to nawet z opcją taniego noclegu na Zamenhofa. A muszę oszczędzać, bo rok 2010 roztacza przede mną ciekawe perspektywy - ale o tym kiedy indziej.
Będę za to duszą - "Kolektyw #5" wychodzi, a w nim cztery nowe plansze Sheera, różne ujęcia tematu "Gra". W dwóch Kolec solo, w dwóch ja z nim.
To w sumie miłe, że od czasów swoich narodzin (styczeń 2009) Sheer zalicza już trzecią imprezę komiksową na papierze. Na WSK był w "Jeju", "Maszinie" i "RRY", na BFK w "Ziniolu", teraz jest "Kolektyw", który naprawdę wyrabia się jako zin. Zresztą "Kolektywowi", zarówno piątej jego odsłonie jak i projektowi ogółem, poświęcę jedną z następnych notek. Poza tym Kapitan Sheer pojawił się ostatnio na internetowych łamach "Kultury Liberalnej" i "Esensji". I w sumie przyjdzie nam chyba tymczasowo zwinąć żagle ekspozycji w zinach i magazynach, co by nie wzbudzić w czytelnikach poczucia przejedzenia ("...otwieram lodówkę a tam szczury"), zaś planowanemu albumowi nie ujmować świeżości.
... co oczywiście nie wyklucza jakichkolwiek publikacji w ogóle, po prostu będziemy się starali nie obskakiwać każdego pojedynczego zina z tradycyjnych konwentowych wysypów.
wtorek, 29 września 2009
poniedziałek, 28 września 2009
american born chinese
Uwaga, pozwalam sobie w tekście na duży spojler, od razu jednak mówię że głównemu bohaterowi nie udaje się na końcu zabić Hitlera.

"American Born Chinese" Gene'a Luena Yanga to jeden z tych komiksów, którymi teoretycznie można dowodzić, że literatura w obrazach pod względem jakości dorównuje tej klasycznej, co od obrazów zazwyczaj stroni. Przynajmniej ja po raz pierwszy usłyszałem o tym tytule w takim właśnie kontekście, z uwagi na wyróżnienia jakie zdobył w rywalizacji z "normalnymi" książkami. Albowiem, za Wikipedią:
Poważna sprawa, chociaż złośliwe komiksowe oko dostrzeże tutaj brak wyróżnień branżowych - Harveyów, Ignatzów i Eisnerów. Ale co tam, ważne że doceniono poza hermetycznym środowiskiem, prawda?
"ABC" to trzy różne historie, które splatają się w zaskakującym acz nieco wydumanym finale:
1) adaptacja tradycyjnej chińskiej legendy o Małpim Królu, co chciał być równy bogom, zapominając że jest jedynie małpą. Za co zostaje surowo karany - tak długo, póki nie zmądrzeje;
2) opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Jina Wanga, syna chińskich imigrantów - "Transformersy" w telewizji w latach 80. XX wieku, pierwsze rozterki miłosne, problemy z rasową samoakceptacją (Jin bardzo chciałby być biały, żeby lepiej dopasować się do kaukaskich kolegów). Wszystko przy wszechobecnym, nieszczególnie brutalnym acz dość źle skrywanym rasizmie kolegów i nauczycieli. "Jin Wang" brzmi niemal identycznie jak "Gene Yang", bez większego ryzyka można by go uznać za alter ego autora;
3) utrzymana w konwencji sitcomu (onomatopeje śmiechu i oklasków zza kadrów) historia Danniego, nastoletniego białego Amerykanina, który po raz kolejny, jak co roku, gości swojego chińskiego kuzyna Chin-kee ("kuzyn Żółtek" en polonais) - indywiduum będące reminiscencją wszelkich negatywnych stereotypów nt. Chińczyków. I jak co roku, Chin-kee do cna kompromituje Danniego w oczach szkolnych kolegów...

Każda z tych porozkawałkowanych nowelek to mniej lub bardziej wnikliwe studium postaci, które gdzieś tam kiedyś zagubiły swoją własną tożsamość na rzecz czegoś innego, tylko z pozoru lepszego. Główną rolę w tym całym korowodzie pełni Jin, który z czasem przekształca się w (niespodzianka!) Danniego, zatracając własną azjatycką duszę, pozornie stając się osobą o w pełni "białym rodowodzie". Prawie jak Transformersi z ukochanej w dzieciństwie kreskówki, którzy ze swoją zdolnością do szybkiej zmiany i adaptacji wyrastają na istotny symbol w całej historii. Jin, z pomocą szkolnego przyjaciela i Małpiego Króla, w końcu się odnajduje jako Chińczyk; trudno jednak oprzeć się wrażenie, że teraz pójdzie w drugą stronę i zamknie się w swoim chińskim getcie.
Teoretycznie można próbować odczytywać dzieło Yanga nieco szerzej, o ogólnych problemach z akceptacją własnego kulturowego dziedzictwa, analizować przewijający się przez karty komiksu motyw zmiany postaci, kostiumów asekuracyjnie skrywających przed światem prawdziwe oblicza, usilnym dążeniu do przynależności do bardziej prestiżowych grup społecznych... Tylko po co? Wyraźnie widać, że ta powieść graficzna przeznaczona jest przede wszystkim dla amerykańskich Azjatów i odnosi się do ich własnych problemów z adaptacją w "białej Ameryce", wnioskując po wypowiedziach w wywiadach i blurpach na okładce.
Nic tu po nas, białasach.
Technicznie jest bardzo ok. Yang dobrze rozumie język komiksu, włada lekką krechą (chociaż kolorysta miejscami kładzie lekkość rysunku Yanga), umiejętnie prowadzi narację. Czasami w uroczy sposób bawi się formą medium - śmiech z offu, docieranie poza granice uniwersum itp. Ten komiks jakoś specjalnie nie kopie po jajach, nie ma sensu też naciskać na polskich wydawców, żeby wydali (zresztą chyba żaden z nich się do tego specjalnie nie śpieszy). Warto jednak kojarzyć tytuł, warto przeczytać jak się gdzieś na to trafi.
P.S. W "American Born Chinese" występuje tak rzadko widoczny w światowej popkulturze (a tak często wyczekiwany przez patriotów) tzw. 'polski wątek'! Mianowicie, podstawówkowy osiłek nosi polskie nazwisko i generalnie wygląda jak typowy bohater "polish jokes" - tłusty, głupi, brutalny, na szkolnym zdjęciu dłubie w nosie i zjada własne gluty, z małym Jimem bawi się w "Żydów" (przez zakładanie matczynego biustonosza na głowę, co chyba ma imitować pejsy). Charming, zwłaszcza jak się czyta wywiady z Yangiem, gdzie skarży się na rasizm i tłumaczy dlaczego szkoła pełna rasistów została nazwana imieniem znanego w Stanach rysownika satyrycznego.

"American Born Chinese" Gene'a Luena Yanga to jeden z tych komiksów, którymi teoretycznie można dowodzić, że literatura w obrazach pod względem jakości dorównuje tej klasycznej, co od obrazów zazwyczaj stroni. Przynajmniej ja po raz pierwszy usłyszałem o tym tytule w takim właśnie kontekście, z uwagi na wyróżnienia jakie zdobył w rywalizacji z "normalnymi" książkami. Albowiem, za Wikipedią:
['American Born Chinese'] was a finalist for the 2006 National Book Awards in the category of Young People's Literature, and won the 2007 Michael L. Printz Award. It was the first graphic novel recognized by the National Book Foundation.
Poważna sprawa, chociaż złośliwe komiksowe oko dostrzeże tutaj brak wyróżnień branżowych - Harveyów, Ignatzów i Eisnerów. Ale co tam, ważne że doceniono poza hermetycznym środowiskiem, prawda?
"ABC" to trzy różne historie, które splatają się w zaskakującym acz nieco wydumanym finale:
1) adaptacja tradycyjnej chińskiej legendy o Małpim Królu, co chciał być równy bogom, zapominając że jest jedynie małpą. Za co zostaje surowo karany - tak długo, póki nie zmądrzeje;
2) opowieść o dzieciństwie i dorastaniu Jina Wanga, syna chińskich imigrantów - "Transformersy" w telewizji w latach 80. XX wieku, pierwsze rozterki miłosne, problemy z rasową samoakceptacją (Jin bardzo chciałby być biały, żeby lepiej dopasować się do kaukaskich kolegów). Wszystko przy wszechobecnym, nieszczególnie brutalnym acz dość źle skrywanym rasizmie kolegów i nauczycieli. "Jin Wang" brzmi niemal identycznie jak "Gene Yang", bez większego ryzyka można by go uznać za alter ego autora;
3) utrzymana w konwencji sitcomu (onomatopeje śmiechu i oklasków zza kadrów) historia Danniego, nastoletniego białego Amerykanina, który po raz kolejny, jak co roku, gości swojego chińskiego kuzyna Chin-kee ("kuzyn Żółtek" en polonais) - indywiduum będące reminiscencją wszelkich negatywnych stereotypów nt. Chińczyków. I jak co roku, Chin-kee do cna kompromituje Danniego w oczach szkolnych kolegów...

Każda z tych porozkawałkowanych nowelek to mniej lub bardziej wnikliwe studium postaci, które gdzieś tam kiedyś zagubiły swoją własną tożsamość na rzecz czegoś innego, tylko z pozoru lepszego. Główną rolę w tym całym korowodzie pełni Jin, który z czasem przekształca się w (niespodzianka!) Danniego, zatracając własną azjatycką duszę, pozornie stając się osobą o w pełni "białym rodowodzie". Prawie jak Transformersi z ukochanej w dzieciństwie kreskówki, którzy ze swoją zdolnością do szybkiej zmiany i adaptacji wyrastają na istotny symbol w całej historii. Jin, z pomocą szkolnego przyjaciela i Małpiego Króla, w końcu się odnajduje jako Chińczyk; trudno jednak oprzeć się wrażenie, że teraz pójdzie w drugą stronę i zamknie się w swoim chińskim getcie.
Teoretycznie można próbować odczytywać dzieło Yanga nieco szerzej, o ogólnych problemach z akceptacją własnego kulturowego dziedzictwa, analizować przewijający się przez karty komiksu motyw zmiany postaci, kostiumów asekuracyjnie skrywających przed światem prawdziwe oblicza, usilnym dążeniu do przynależności do bardziej prestiżowych grup społecznych... Tylko po co? Wyraźnie widać, że ta powieść graficzna przeznaczona jest przede wszystkim dla amerykańskich Azjatów i odnosi się do ich własnych problemów z adaptacją w "białej Ameryce", wnioskując po wypowiedziach w wywiadach i blurpach na okładce.
Nic tu po nas, białasach.
Technicznie jest bardzo ok. Yang dobrze rozumie język komiksu, włada lekką krechą (chociaż kolorysta miejscami kładzie lekkość rysunku Yanga), umiejętnie prowadzi narację. Czasami w uroczy sposób bawi się formą medium - śmiech z offu, docieranie poza granice uniwersum itp. Ten komiks jakoś specjalnie nie kopie po jajach, nie ma sensu też naciskać na polskich wydawców, żeby wydali (zresztą chyba żaden z nich się do tego specjalnie nie śpieszy). Warto jednak kojarzyć tytuł, warto przeczytać jak się gdzieś na to trafi.
P.S. W "American Born Chinese" występuje tak rzadko widoczny w światowej popkulturze (a tak często wyczekiwany przez patriotów) tzw. 'polski wątek'! Mianowicie, podstawówkowy osiłek nosi polskie nazwisko i generalnie wygląda jak typowy bohater "polish jokes" - tłusty, głupi, brutalny, na szkolnym zdjęciu dłubie w nosie i zjada własne gluty, z małym Jimem bawi się w "Żydów" (przez zakładanie matczynego biustonosza na głowę, co chyba ma imitować pejsy). Charming, zwłaszcza jak się czyta wywiady z Yangiem, gdzie skarży się na rasizm i tłumaczy dlaczego szkoła pełna rasistów została nazwana imieniem znanego w Stanach rysownika satyrycznego.
środa, 29 lipca 2009
dworzec centralny
Chciałem napisać parę słów o "Dworcu centralnym" Trondheima i Duffoura. Miałem nawet pomysł na recenzję w stylu alternatywnym, może go jeszcze zrealizuję.

W celu przygotowania do zadania przejrzałem parę tekstów traktujących o temacie:
* ten na Motywie...
* ...potem ten na Valkirii...
* ...również ten na "przypadkiem"...
* ... i też na kolorowych zeszytach...
* ... i w końcu na komiksomanii
I wszędzie widzę to samo.
Kafka, Kafka, Kafka, Kafka. I nic więcej. No, może poza tekstem na Valkirii, który Kafki nie wspomina, za to autor recenzji z nabożeństwem opisuje talenty graficzne Lewisa Trondheima:
... w istocie, kreskę Trondheima w tym komiksie cechują tak dalece posunięte prostota, ulotność i ograniczenie, że jej wcale nie ma - bo to akurat Duffour rysował, zaś Trondheim odpowiada za scenariusz.
Ale wróćmy do tego Kafki. Da się taką jednomyślność zrozumieć o tyle, że taką interpretację sugeruje już sam wydawca w materiałach prasowych. Qba z przypadkiem i Julek z Kolorowych co prawda powątpiewają w "kafkowość" tego projektu, ale już sam Pstraghi srogo beszta Trondheima za to, że nie jest Kafką:
... by na końcu wcisnąć szpilę prosto w serce!
Tak tak, warto wydawać pieniądze i poświęcać czas na lekturę by przekonać się, że nawet geniuszom francuskiego komiksu może powinąć się noga. Jak to potrafi poprawić dzień!
A ja sam nie wiem. Prostakiem jestem, ale ja jakoś szczególnie w tym Kafki nie widzę. Bardziej Mrożka, Becketta albo Ionesco - wydaje mi się, że Trondheim raczej czerpie z tradycji teatru absurdu (kulturowo znacznie mu bliższej) niźli z obsesji praskiego urzędnika. Ta cała wędrówka po dworcu i kolejne postaci niespełna rozumu zamknięte w dworcowej przestrzeni. W ogóle "Dworzec centralny" jawi mi się jako takie bardzo kameralne dzieło, dramatyczne wręcz; myślę, że to jeden z niewielu komiksów, który bez problemu i zbytnich ingerencji w treść można zaadaptować na spektakl teatralny.
Owszem, można dostrzec pewne analogie pomiędzy "Procesem" a "Dworcem Centralnym"; owszem, Kafka miał niebagatelny wpływ na dzieła teatru absurdu, do których moim zdaniem nawiązuje Trondheim - ale bądź co bądź, "Dworzec Centralny" nie jest komiksową adaptacją "Procesu", jak część osób zdaje się go postrzegać.
I w sumie tyle co mam do powiedzenia w tym temacie, reszta byłaby powtarzaniem tego, co napisali o "Dworcu Centralnym" już inni koledzy.
Powiem tylko, że mnie się podobało, o.
W celu przygotowania do zadania przejrzałem parę tekstów traktujących o temacie:
* ten na Motywie...
* ...potem ten na Valkirii...
* ...również ten na "przypadkiem"...
* ... i też na kolorowych zeszytach...
* ... i w końcu na komiksomanii
I wszędzie widzę to samo.
Kafka, Kafka, Kafka, Kafka. I nic więcej. No, może poza tekstem na Valkirii, który Kafki nie wspomina, za to autor recenzji z nabożeństwem opisuje talenty graficzne Lewisa Trondheima:
Taką możliwość potrafią jednak wykorzystać tylko najlepsi twórcy... A do takich z pewnością należą scenarzysta Jean-Pierre Duffour oraz rysownik Lewis Trondheim.
Ciekawy i inteligentny scenariusz nie jest jedyną zaletą tego albumu. Kreska Lewisa Trondheima jak zwykle powinna zadowolić nawet najwybredniejszych fanów sztuki komiksu. Prosta i schematyczna, w umiejętny sposób oddaje ulotne i symboliczne znaczenie dziejących się wydarzeń. Czytelnika zachwyca to, jak ograniczonymi środkami Trondheim potrafi oddać tak złożoną treść, a jednocześnie nie popaść w tak typowy dla części wielkich twórców patos i zbędny "artyzm".
... w istocie, kreskę Trondheima w tym komiksie cechują tak dalece posunięte prostota, ulotność i ograniczenie, że jej wcale nie ma - bo to akurat Duffour rysował, zaś Trondheim odpowiada za scenariusz.
Ale wróćmy do tego Kafki. Da się taką jednomyślność zrozumieć o tyle, że taką interpretację sugeruje już sam wydawca w materiałach prasowych. Qba z przypadkiem i Julek z Kolorowych co prawda powątpiewają w "kafkowość" tego projektu, ale już sam Pstraghi srogo beszta Trondheima za to, że nie jest Kafką:
O ile jednak u Kafki brzmiało to odkrywczo, prawdziwie i niesamowicie depresyjnie, o tyle Trondheimowi nie udało się osiągnąć takiego efektu. Widać nie każdy jest równie wybitnym twórcą, co Kafka.
Niestety pisanie takich opowieści to zadanie niezwykle trudne i być może jest to coś co udało się tylko raz - tylko geniuszowi jakim był Franz Kafka.
... by na końcu wcisnąć szpilę prosto w serce!
Twórcom Dworca Centralnego przyświecały bardzo ambitne zamiary. Niestety ponieśli klęskę. Ich komiks jest nudnym, niezrozumiałym traktatem odkrywającym przed czytelnikiem jedynie banały. Warto go jednak przeczytać. Po pierwsze po to by docenić kunsztowne rysunki Duffoura. Po drugie zaś po to, by przekonać się, że nie każde dzieło złotego dziecka francuskiego komiksu skazane jest na artystyczny sukces.
Tak tak, warto wydawać pieniądze i poświęcać czas na lekturę by przekonać się, że nawet geniuszom francuskiego komiksu może powinąć się noga. Jak to potrafi poprawić dzień!
A ja sam nie wiem. Prostakiem jestem, ale ja jakoś szczególnie w tym Kafki nie widzę. Bardziej Mrożka, Becketta albo Ionesco - wydaje mi się, że Trondheim raczej czerpie z tradycji teatru absurdu (kulturowo znacznie mu bliższej) niźli z obsesji praskiego urzędnika. Ta cała wędrówka po dworcu i kolejne postaci niespełna rozumu zamknięte w dworcowej przestrzeni. W ogóle "Dworzec centralny" jawi mi się jako takie bardzo kameralne dzieło, dramatyczne wręcz; myślę, że to jeden z niewielu komiksów, który bez problemu i zbytnich ingerencji w treść można zaadaptować na spektakl teatralny.
Owszem, można dostrzec pewne analogie pomiędzy "Procesem" a "Dworcem Centralnym"; owszem, Kafka miał niebagatelny wpływ na dzieła teatru absurdu, do których moim zdaniem nawiązuje Trondheim - ale bądź co bądź, "Dworzec Centralny" nie jest komiksową adaptacją "Procesu", jak część osób zdaje się go postrzegać.
I w sumie tyle co mam do powiedzenia w tym temacie, reszta byłaby powtarzaniem tego, co napisali o "Dworcu Centralnym" już inni koledzy.
Powiem tylko, że mnie się podobało, o.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

